Na smak kotletów mielonych wpływa jakość składników, sposób przygotowania masy i jej usmażenie. Wiele osób popełnia błąd na ostatnim etapie i przez to kotlety raz wychodzą surowe w środku, a raz są przesuszone. Ja w tym momencie zdaję się na podpowiedzi mojej babci, której kotlety zawsze były idealne. To bardzo proste zasady.
To wpływa na soczystość kotletów mielonych
Kotlety mielone nie wyjdą smaczne, jeśli nie zastosujemy odpowiednich składników. Po pierwsze bardzo ważny jest wybór mięsa. Moja babcia zawsze mówiła, że najlepsze na kotlety jest mięso z łopatki wieprzowej. Nie z szynki, bo za suche, nie z karkówki, bo za tłuste, ale właśnie z łopatki. Babcia czasami stosowała mieszankę wieprzowiny i wołowiny i te kotlety też były soczyste, a nawet ciekawsze w smaku. Ważne jednak były proporcje obu mięs – powinna tu przeważać wieprzowina.
Drugim istotnym składnikiem kotletów mielonych jest namoczona i odciśnięta bułka. Można ją namoczyć w wodzie czy bulionie, ale moja babcia zawsze zalewała ją mlekiem. Dzięki temu kotlety miały delikatny, mleczny smak. Niektórzy rezygnują z tego dodatku, bo uważają, że bułka to wypełniacz. I może po części tak jest, ale niewątpliwie sprawia ona, że mięso nie ma szansy zbić się w twardą kulę. Bułka spulchnia i nawilża masę, jak mało co.
Do masy na mielone dodaje się też zwykle startą cebulę, która też lekko nawilża potrawę, a także jajko, które ma raczej funkcje wiążące. Oprócz tego do masy trzeba dodać przyprawy i całość dobrze wyrobić. Chodzi o to, że składniki masy powinny być dobrze połączone, a przy okazji należy do nich wtłoczyć sporo powietrza. Jeśli masa jest mało spójna, można do niej dodać 1-2 łyżki bardzo zimnej wody.
Tak kotlety smażyła moja babcia
Moja babcia do smażenia kotletów miała taką grubą, wysłużoną patelnię. Najpierw ją rozgrzewała, potem kładła trochę smalcu albo wlewała olej i kładła uformowane, obtoczone w tartej bułce kotlety. Nigdy nie smażyła ich na dużym ogniu, lecz na średnim. Powtarzała, że dzięki temu kotlety zdążą się dosmażyć również i w środku. A to bardzo ważne, bo nie powinniśmy jeść surowej wieprzowiny. Gdy kotlety były pięknie rumiane z dwóch stron, babcia przykręcała ogień, przykrywała patelnię pokrywką (lekko ją uchylając) i trzymała na niej kotlety jeszcze ok. 5 minut. W połowie tego czasu każdy kotlet obracała na drugą stronę.
Przyznam, że kotlety w jej wykonaniu były najlepszymi, jakie jadłam. Z wierzchu miały chrupiącą skórkę, a w środku były miękkie, soczyste i nigdy różowe. Dlatego też smażę je w ten sposób i nigdy nie mam wątpliwości, czy w środku nie będą surowe.
Czytaj też:
Nie panieruję i nie smażę na tłuszczu. Soczyste mielone robię, jak bułgarskie kjufte Czytaj też:
Pół kilo mielonego i cukinię zamieniam w kotleciki. Wychodzą soczyste i dużo lżejsze od klasyków
