Ma 2 razy więcej białka niż ryż i syci na dłużej. Polacy prawie go nie jedzą
Większość osób sięga po ryż, kaszę albo makaron. To szybkie, znane i wygodne rozwiązania. Problem w tym, że często nie dają sytości na długo – i już po kilku godzinach pojawia się ochota na podjadanie. Jest jednak produkt, który pod tym względem wypada znacznie lepiej, a wciąż pozostaje niedoceniany. Chodzi o amarantus.
Dlaczego amarantus syci bardziej niż ryż
Sytość amarantusa (nazywanego też szarłatem) wynika z tego, że ma więcej białka niż ryż i wyraźnie więcej błonnika. W 100 g suchego amarantusa znajduje się około 13–15 g białka i 6–7 g błonnika. Dla porównania biały ryż dostarcza mniej więcej 6–7 g białka i zaledwie 1–2 g błonnika.
To właśnie ta różnica sprawia, że po posiłku z amarantusem łatwiej utrzymać sytość. Większa ilość białka i błonnika oznacza wolniejsze trawienie i mniejsze ryzyko szybkiego powrotu głodu.
Na tle popularnych zbóż wyróżnia się właśnie tym połączeniem składników. To dlatego coraz częściej pojawia się w dietach osób, które chcą ograniczyć podjadanie lub lepiej kontrolować apetyt.
To nie tylko sytość. Ma jeszcze jedną ważną zaletę
W przeciwieństwie do wielu popularnych zbóż amarantus nie zawiera glutenu. Dzięki temu może być dobrą alternatywą dla osób, które muszą go unikać lub po prostu chcą urozmaicić dietę.
Zawiera też składniki mineralne, takie jak magnez, żelazo czy wapń, ale to właśnie połączenie białka i błonnika sprawia, że wyróżnia się najbardziej w codziennym odżywianiu.
Jak go jeść, żeby miało to sens
Amarantus nie wymaga skomplikowanego przygotowania i łatwo wpasować go w codzienne posiłki:
- ugotowany może zastąpić ryż lub kaszę do obiadu,
- sprawdza się jako baza do sałatek, które dzięki niemu są bardziej sycące,
- w wersji ekspandowanej można dodać go do jogurtu, owsianki albo musli.
Wystarczy jedna modyfikacja – zamiana części klasycznych dodatków na amarantus, żeby posiłek był bardziej sycący.
Produkt, który prawie zniknął z diety na setki lat
Choć dziś dla wielu osób jest nowością, amarantus był znany już tysiące lat temu i stanowił ważny element diety w Ameryce Południowej. W kulturach Azteków i Inków miał jednak nie tylko znaczenie żywieniowe, ale też rytualne.
To właśnie z tego powodu jego uprawy zostały niemal całkowicie zniszczone w czasach konkwisty – uznano go za roślinę związaną z lokalnymi wierzeniami. W efekcie przez długi czas praktycznie zniknął z codziennego jadłospisu.
Dziś wraca, ale już nie jako ciekawostka z historii. Coraz częściej traktuje się go jak realną alternatywę dla produktów, które jemy na co dzień – szczególnie tam, gdzie liczy się sytość i wartość odżywcza.