Ania biega: Jak polubić brokuł... Pappardelle z zielonymi różyczkami

Ania biega: Jak polubić brokuł... Pappardelle z zielonymi różyczkami

Dodano:   /  Zmieniono: 
Sport to zdrowie
Sport to zdrowie / Źródło: Fotolia / Autor: Halfpoint
Brokułu nie lubiłam programowo. Od kilkunastu lat, kiedy to na jakiejś wystawnej imprezie podano go we wcieleniu tak paskudnym, że jeszcze długo wzdragało mnie na sam widok. Z czasem wstręt przemogłam i zdarzało mi się przyswajać brokuł – ale w wersji maksymalnie przetworzonej. Na przykład w sałatce tysiąca składników, w zupie, najlepiej zmiksowanej, wreszcie, od kiedy przeszłam na dietę roślinną, w kotlecie.

Brokuł w swojej postaci naturalnej nadal budził moją niechęć. I nie zmieniał tego fakt nazwania jego kawałków – „różyczkami”. Może i nie miały kolców, ale w gardle mi rosły w gulę z trudem przełykaną. Kto zresztą wymyślił, że to coś jest kwiatem. I ma kwiatostany… Różyczki brokułu. Też coś. Przecież to za przeproszeniem wygląda jak przenoszony cellulit. I to jeszcze zielony. Pfuj…

To zielone paskudztwo tak naprawdę pochodzi, jak większość zielonego paskudztwa, z Włoch. I – jak twierdzą niektóre źródła, przywlokła je na polskie stoły królowa Bona, która generalnie przywlokła do Polski warzywa w większym wyborze. Źródła jednak zgodnie twierdzą, że w czasach minionych brokuł nie zrobił kariery (nie dziwię się) i popularność zaczął zdobywać w wieku minionym, kiedy to oprócz smaku zaczęły się liczyć wartości.  

A tych zielony cellulitowy ma pod dostatkiem. W dużym skrócie - jest bogaty w potas, wapń, żelazo, fosfor, mangan, magnez, siarka oraz witaminy: A, B1, B2, B6, C, K, PP, kwas pantotenowy i kwas foliowy. Dopóki jadłam jak normalny człowiek, skład brokułu był mi nad wyraz obojętny. Ale od kiedy uznałam, że jednak mięso mi nie służy, a zwłaszcza od czasu jak to swoje uznanie przypłaciłam kuracją żelazem w tabletkach, zaczęłam jednak baczniej patrzeć na to, co jem.

I tak musiałam w końcu trafić na tego brokuła.

Obsprawiłam go pięknie, pozbawiając ogona, to znaczy – łodygi i łamiąc na pojedyncze różyczki (a jednak). W międzyczasie wrzuciłam pappardelle na gotującą się lekko posolona wodę – taka klasyka gotowania makaronu. A na patelnię wlałam olej (ryżowy ostatnio preferuję), wycisnęłam trzy ząbki czosnku, podsmażyłam, wrzuciłam brokuł (w różyczkach) podsmażyłam pod przykryciem, po 5 minutach dorzuciłam jeszcze dwie garście liści szpinaku, posoliłam nieco solą morską, posypałam ziołami (Kamis do drobiu), przykryłam. Po kolejnych 5 minutach dolałam nieco oliwy z suszonych pomidorów, dołożyłam 6 kawałków tychże pomidorów. I dorzuciłam solidnie dużą garść pestek słonecznika. A trzy minuty później odlałam makaron, na talerzach ułożyłam piękne gniazda, na nich – pomidory (te suszone z patelni), na to – całą resztę zawartości patelni.

A na koniec posypałam jeszcze – zamiast parmezanem – zmielonym siemieniem lnianym.

A jutro idę do sklepu kupić zapas brokułów na najbliższy tydzień… I pappardelli.

Aha, dla ułatwienia składniki:

  • ¾ paczki pappardelli (250 g) – dla 2 osób
  • 1,5 brokułu
  • 3 ząbki czosnku
  • 3 łyżki oleju ryżowego
  • liście szpinaku
  • pół słoiczka suszonych pomidorów
  • pestki słonecznika
  • mielone siemię lniane.

I voila! Smacznego.

Tymczasem ja śmigam na firmową wigilię. W razie czego obok jest Krowa(rzywa).
 0

Czytaj także