Ania biega: Kiedy chce się chcieć. I kiedy chce się jeść.

Ania biega: Kiedy chce się chcieć. I kiedy chce się jeść.

Dodano:   /  Zmieniono: 
Biegacz, obuwie sportowe.
Biegacz, obuwie sportowe. / Źródło: Fotolia / Autor: blas
Kiedy chce się chcieć - to dla biegacza sytuacja jest właściwie idealna. Bo bieganie na siłę przyjemność daje umiarkowaną, chyba że mówimy o „bieganiu na siłę”, mając na myśli siłę biegową, w tym w szczególności podbiegi i inne krosy. Względnie treningi na schodach. Trening na schodach – rzecz pożyteczna, kto jeszcze nie był, niech spróbuje, w piątkowe wieczory, przed weekendowym melanżem w sam raz, w samym centrum Warszawy, więc potem na melanż blisko.

Ja, z racji kompletnie niemelanżowego trybu życia, na schody dotarłam już dwa razy, planuję kolejne, bo potem jakoś wszystkie górki wydają się… bardziej płaskie, a to co płaskie robi się …Bardziej płaskie? Na przykład dzisiaj, taka Falenica. Ostatni test przed kultowym warszawskim cyklem zimowych biegów górskich. Jeszcze dwa tygodnie temu na trzecim podbiegu odcięło mi power i ledwo powłóczyłam nogami. A dzisiaj nie tylko zasuwałam po tych podbiegach, wszystkich siedmiu (kto bywał, ten wie), ale w drodze powrotnej doszłam do wniosku, że coś mało mi tego biegania, więc poszlajam się jeszcze po lesie. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. I wyszło jak w najlepszych czasach – 30 km, niecałe 3 godziny, a gdzieś w okolicach 23. km wpadłam już w rytm taki, że mogłabym biec sobie równiutkim tempem jeszcze kolejną godzinę.

Pod warunkiem wszakże, że miałabym przy sobie jakieś źródło energii bardziej skondensowane niż napój izotoniczny, który podtrzymuje funkcje życiowe, ale po 3 godzinach biegu jednak wystarczać, jak bardzo izotoniczny by nie był. Napój zresztą zabrałam ze sobą zupełnie przypadkiem, pomna jak przed trzema tygodniami z obłędem w oku i na granicy kompletnego odcięcia energii gnałam na 22. kilometrze do najbliższego sklepiku w Międzylesiu, żeby napić się czegokolwiek i złapać choć cień po węglowodanach. Dzisiaj na szczęście było sporo chłodniej, w lesie już śnieg, choć na biegówki jeszcze trzeba poczekać, bo ścieżki wydeptane do czarnej ziemi. To już ten czas, kiedy będzie można się wybrać bez picia na bieganie. Chociaż nawet wtedy i zawsze wtedy, kiedy w niedzielę wychodzę na dłuższe pobieganie, wrzucam w jakąś kieszonkę monetkę. Na wodę. A czasami na bilet autobusowy, bo kto wie, gdzie mnie zaniesie.

Bo bieganie to wolność. Nie muszę musieć. Nic na siłę. Chyba że biegową. Wtedy nawet cudaczne podskoki, zwane skipami, są akceptowalną formą ekspresji. Bardzo późną jesienią osiągam taki stan, w tym roku pożądany może nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, że zaczyna mi się chcieć. I wtedy nieważne jest, że ciemno, że zimno, że mróz, że mokro, że lód. I nawet Ksawery (tak, ten wiatr) nie zniechęcił mnie do porannej przebieżki, chociaż prawdą jest, że o tyle mi było łatwiej, że w piątek o świcie to Ksawcio się dopiero rozkręcał i w tej części Warszawy, gdzie mam przyjemność mieszkać (i biegać), większym problemem była ślizgawka na chodniku niż faktycznie wiatr.

W bieganiu zresztą najczęściej najtrudniejszy jest pierwszy krok. Otwarcie oczu rano, wysunięcie stopy spod kołdry (kto ma małego kota, ten wie), założenie butów. A potem już jakoś leci. Po czwartym kilometrze wpada się w rytm, który pozwala wyłączyć myślenie, zresetować umysł od codzienności, wyhamować gorsze emocje przed całym dniem. Dlatego zresztą biegam rano. Bo właśnie wtedy mi się chce.

Tak jak dzisiaj chciało mi się pobiegać. Cudowne uczucie. Od 20 kilometra tylko las, śnieg – i ja. Wyjątkowo bez radia, bez motywatorów, bez dodatkowych zachęcaczy. Tak też się da – jak się chce. A jak się nie chce? To odpuścić, dać krok w tył, przeczekać. Aż się znowu zachce. Lubię te długie wybiegania, to dobry test na to, gdzie się jest. Biegowo, oczywiście. I wakacje od rzeczywistości. Niechby nawet na 3 godziny. Reality mode off.

A potem człowiek wraca do rzeczywistości. Głodny jak pies, jak wilk, jak stado małych słoni. I z tego głodu wymyśliła mi się dzisiaj zimowa zupa biegacza. Zanim zapomnę, od razu podam przepis. Na zimę jak znalazł.


Zimowa zdrowa zupa pobiegowa

  • 3 duże ziemniaki
  • 1 cebula
  • 1 duża marchewka
  • 1 mała pietruszka (nieobowiązkowo)
  • 1 cienka papryczka (żółta, z tych ostrych)
  • soczewica czerwona
  • resztki kasz (pęczak, gryczana)
  • imbir
  • sól

Ziemniaki, marchewkę, pietruszkę, cebulę obrać i pokroić na średnie kawałki. Zalać wodą (2,5-3 litry). Wstawić do gotowania. Posolić (łyżka soli). Wpakować w to papryczkę. Wsypać soczewicę (1/3 paczki). Posiekać imbir i dodać. Spróbować. Po otarciu łez i wypiciu hektolitra zimnej wody, dodać resztówki kasz, które akurat są pod ręką (u mnie to było akurat pół filiżanki pęczaku i niecała filiżanka gryczanej). Po kwadransie znowu spróbować. Powinno być bez łez. Gotować w sumie ok. 1,5 godziny. A potem – jeść. Można zdjąć dodatkowy sweter.  I trzymać przy talerzu chusteczki do nosa. 

Czytaj także

 0

Czytaj także