Polskie dzieci jedzą śmieci

Polskie dzieci jedzą śmieci

Dodano: 1
Śmieciowe jedzenie, zdj. ilustracyjne
Śmieciowe jedzenie, zdj. ilustracyjne / Źródło: Fotolia / Photographee.eu
Naukowcy i dietetycy biją na alarm: polskie dzieci jedzą coraz gorzej. Jeśli nie zaczniemy walki z naszymi żywieniowymi grzechami, czeka nas plaga otyłości oraz drastyczny wzrost chorych na serce i cukrzycę.

Popularna reklama telewizyjna. Koszykarze trenują rzuty do kosza, ale ich uwagę rozprasza siedzący nieopodal chłopiec, który otwiera opakowanie rogala 7Days. Sportowcy przerywają grę i próbują przekupić chłopca piłką z autografami. Pudło! Chłopiec wybiera rogala. Bo, jak informuje lektor, „7 Days to klasyczny wybór na każdy dzień. Bogate, kremowe nadzienia w miękkim cieście, praktycznie i higienicznie zapakowane. Następca drożdżówki do cieszenia się kiedykolwiek i gdziekolwiek!”.

Do uszu dzieci i rodziców dociera zawoalowany przekaz: rogal to doskonała alternatywa dla skompromitowanej za rządów Ewy Kopacz drożdżówki ze szkolnego sklepiku, niehigienicznie podanej, naszpikowanej kiepskiej jakości tłuszczem cukierniczym, cukrem i solą. A przecież dziecko musi coś jeść na szkolnych przerwach. Który rodzic będzie tak dociekliwy, by analizować skład rogala?

7Days to tylko przykład. Polskie dzieci jedzą produkty o coraz gorszym składzie, coraz gorsze są też nawyki żywnościowe młodych Polaków. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) wynika też, że tyją oni najszybciej w Europie. W ostatnich dwóch dziesięcioleciach liczba dzieci z nadwagą wzrosła trzykrotnie. Przypadłość tę ma aż 18,3 proc. 11 – i 12-latków. Nadwagę lub otyłość ma jedna trzecia ośmiolatków, a co dziesiąty – nieprawidłowe ciśnienie krwi. Według ekspertów, jeśli nic się nie zmieni, za kilkanaście lat liczba hospitalizacji z powodu chorób układu krążenia wzrośnie o jedną trzecią!

– Od czasów transformacji ustrojowej jakość tego, co jedzą Polacy, sukcesywnie się pogarsza – alarmuje w rozmowie z „Wprost” prof. Grażyna Cichosz z Wydziału Nauki o Żywności Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. W największym stopniu odbija się to na dzieciach. Badania wykonane na zlecenie Instytutu Matki i Dziecka oraz Centrum Zdrowia Dziecka pokazują, że ponad połowa dzieci pomiędzy pierwszym a trzecim rokiem życia ma nieprawidłowy wskaźnik masy ciała. Aż 80 proc. – niedobór wapnia i witaminy D.

Jakie najczęściej popełniamy grzechy żywieniowe?

Galeria:
Co nam szkodzi, na co uważać?

Grzech pierwszy: słodycze z olejem palmowym

Zacznijmy od oleju palmowego, najchętniej używanego w przemyśle spożywczym tłuszczu roślinnego, który wypiera z rynku masło i dużo zdrowszy tłuszcz kakaowy. Jest obecny w czekoladach (np. Kinder Chocolate, Wedel, Alpen Gold mleczna orzechowa), czekoladowych kremach do pieczywa (np. Nutella), waflach w polewie, deserach czekoladowych z nadzieniem. Zawierają go też bardzo popularne wśród dzieci kinder niespodzianki. Olej palmowy wypiera też oleje: rzepakowy i słonecznikowy z takich produktów, jak uwielbiane przez dzieci: czipsy, paluszki, krakersy, mrożone frytki czy pizze. Jest nawet w chrupkim pieczywie i sosach typu Knorr Fix (np. Napoli). Producenci kochają go za to, że jest nie tylko tani, ale posiada też cenione w branży właściwości technologiczne.

– W wyrobach cukierniczych jest właściwie niezastąpiony, bo niektóre oleje i tłuszcze nie mogą zostać użyte ze względu na ich smak, inne z kolei są źródłem alergenów – wyjaśnia Agnieszka Prusaczyk z firmy Bahlsen Polska, producenta krakusków, hitów i maślanych herbatników Leibnitz. W tych ostatnich do niedawna masło występowało w ilości śladowej (5 proc.), a głównym tłuszczem był olej palmowy. W tym samym czasie herbatniki produkowane na rynek niemiecki zawierały 12 proc. masła i zero oleju palmowego. Gdy kilka miesięcy temu „Wprost” nagłośnił te różnice, producent zdecydował się zmienić recepturę i dostarczać na polski rynek takie same ciastka, jak na rynek niemiecki. I rzeczywiście, od kilku tygodni w sklepach można już kupić herbatniki Leibnitz oznakowane „oryginalna niemiecka receptura”.

Olej palmowy zachwala też Dorota Liszka z Maspeksu, producenta m.in. ciastek Kubuś i płatków śniadaniowych Lubella: – Ma neutralny smak, nadaje chrupkość, kruchość czy gładką i kremową teksturę nadzienia, a do tego jest bardzo stabilny.

Ale dietetycy i naukowcy tego entuzjazmu nie podzielają. Zdaniem dr. hab. Artura Jóźwika, specjalisty ds. żywienia z PAN, dużo bardziej wartościowymi dla naszego zdrowia tłuszczami są: masło, olej rzepakowy, słonecznikowy, a nawet – szykanowany w ostatnich latach – domowy smalec.

Grzech drugi: syropy cukrowe

Faworytami producentów żywności dla dzieci są też wysoko przetworzone syropy cukrowe: glukozowy i glukozowo-fruktozowy. Zwłaszcza ten drugi jest na cenzurowanym dietetyków. Syropy są tańsze i wygodniejsze w produkcji niż tradycyjny cukier, dlatego w Stanach Zjednoczonych już w latach 70. zaczęły być masowo stosowane przez producentów. Wielu specjalistów twierdzi, że to właśnie one odpowiadają za amerykańską epidemię otyłości. Mimo to dziś używają ich masowo producenci soków, napojów gazowanych, lodów, pieczywa o długim terminie przydatności, dżemów, musztard, ketchupów, jogurtów, serków, ale też na przykład konserw rybnych i mięsnych. Tymczasem dietetycy biją na alarm: spożywanie syropów cukrowych to pierwszy krok do cukrzycy, otyłości oraz próchnicy zębów.

Wielu ekspertów uznaje, że z dwojga złego, lepszy od syropu zawierającego fruktozę jest syrop glukozowy. – Dla mnie, jako mamy i dietetyka, nie ma różnicy, czy w produkcie, który dostaje dziecko, jest syrop glukozowy czy glukozowo-fruktozowy. Zasadniczą wadą są bowiem puste, zbędne kalorie, których te produkty dostarczają. Natomiast negatywne konsekwencje dla zdrowia, zwłaszcza wątroby, są większe w przypadku spożywania nadmiaru fruktozy. Skutki zazwyczaj można odczuć dopiero w dorosłym życiu, choć zdarza mi się słyszeć od znajomych pediatrów o dzieciach, które mają osiem, dziewięć lat, a już cierpią na otyłość czy stłuszczoną wątrobę – mówi dr inż. Joanna Rachtan-Janicka z Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW.

Fruktoza to cukier prosty, który w naturze można znaleźć w owocach, sokach owocowych i miodzie. Jest znacznie słodsza od tradycyjnego cukru, czyli sacharozy. Teoretycznie każdy cukier spożywany w nadmiarze nam szkodzi. Dlaczego więc fruktoza jest gorsza? Bo po jej spożyciu nie mamy poczucia sytości, lecz… głodu. Z tego powodu jemy więcej i więcej.

Producenci żywności się bronią. Agnieszka Kępińska-Sadowska, rzeczniczka firmy Mondelēz International, lidera na rynku ciastek i słodyczy, przekonuje, że nie ma bezpośredniego związku między spożyciem syropu glukozowo-fruktozowego a chorobami. – Na rozwój otyłości i cukrzycy składa się wiele czynników: zmiana stylu życia, brak aktywności fizycznej, zła dieta. Najgorszy jest brak równowagi między kaloriami spożywanymi a spalanymi, co sprzyja gromadzeniu się tłuszczu w organizmie i rozwojowi otyłości – twierdzi Kępińska-Sadowska.

Koncern, który reprezentuje, produkuje m.in. herbatniki Petitki. Ich nazwa sugeruje, że to produkt wzorowany na tradycyjnych francuskich herbatnikach „petit beurre”. Niestety, w składzie znajdziemy zarówno olej palmowy, jak i syrop glukozowo-fruktozowy. W przeciwieństwie do ciastek LU Petit Ecolier dostarczanych przez Mondelēz International na rynek francuski. Te zawierają prawie 15 proc. masła i zwyczajny cukier (sacharozę).

Zdaniem rzeczniczki firmy taki stan rzeczy nie powinien dziwić, bo są to dwa zupełnie różne produkty, a nie warianty tego samego. – Petitki produkowane w Polsce zawierają mleko i miód, natomiast produkowane we Francji Petit Ecolier są tradycyjnymi herbatnikami maślanymi. Różnią się smakiem i konsystencją, a także składem, który jest dopasowany do upodobań lokalnych konsumentów – tłumaczy Kępińska-Sadowska.

Szkoda, że składniki, na które powołuje się rzeczniczka, a które mają decydować o diametralnie innym smaku i recepturze, stanowią łącznie mniej niż 2,5 proc. masy ciastka! (0,86 proc. miodu, 1,6 proc. mleka w proszku).

Niektórzy producenci słodyczy dodają do swoich produktów witaminy i składniki mineralne, na przykład wapń. I chwalą się tym na etykiecie. Zdaniem dietetyków może to wprowadzać w błąd, bo daje złudne przekonanie, że produkty te są zdrowe. Robią tak na przykład producenci słodkich płatków śniadaniowych. – Ma to sugerować rodzicowi, że po zjedzeniu tych, a nie innych płatków dziecko będzie zdrowsze. Ale jak się popatrzy na skład takiego produktu, nierzadko się okazuje, że cukrów czy tłuszczy nasyconych jest więcej lub tyle samo, co w innych tego typu płatkach – zauważa dr Rachtan-Janicka.

Pozytywnym przykładem są natomiast inne ciastka Mondelēza – Belvita. Zawierają olej rzepakowy, pełnoziarniste mąki i tradycyjny cukier.Ze względu na obniżony indeks glikemiczny wielu dietetyków uważa je wręcz za wartościową przekąskę. Niektórzy polecają je nawet pacjentom na diecie, jako drugie śniadanie lub podwieczorek. Inny znak czasów: Mondelēz zbudował pod Wrocławiem Centrum ds. Badań, Rozwoju i Jakości, które ma się zajmować m.in. poprawą jakości ciastek i czekolady. Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że technolodzy będą tam pracować m.in. nad tym, aby syrop glukozowo-fruktozowy zamienić na syrop glukozowy. Wcześniej decyzję o rezygnacji z syropów zawierających fruktozę podjęła firma Sante, produkująca m.in. płatki śniadaniowe, ciasteczka zbożowe, otręby, batony zbożowe i bakalie.

Obrońcy fruktozy przypominają, że substancja ta zawarta jest także w owocach. Dlaczego wtedy nam nie szkodzi? Bo jest jej tam mniej niż w przekąskach i słodyczach, no i jest związana z błonnikiem. Dzięki temu owoce dłużej zalegają w żołądku, a wchłonięcie cukru z owoców zajmuje znacznie więcej czasu. W dodatku, jedząc owoce, nie dostarczamy jedynie pustych kalorii, ale wielu składników odżywczych i substancji o działaniu prozdrowotnym. Mimo to trzeba pamiętać, że nadmiar owoców może przyczyniać się do problemów z wagą – szczególnie gdy sięgamy po nie o późnej porze. Dietetycy zalecają konsumowanie ich do południa, a w sytuacji gdy jesteśmy na diecie – nie więcej niż około 150 g dziennie.

Grzech trzeci: słodzone napoje

Ku rozpaczy dietetyków królową plecaków szkolnych stała się ostatnio woda smakowa, która wypiera zdrową, czystą wodę mineralną. Swój smak bierze przeważnie ze sztucznych aromatów. Zawiera też cukier – na przykład znana woda smakowa Kubuś Waterrr Sport ma go aż pięć łyżeczek w półlitrowej butelce. Podobną ilość cukru znajdziemy w równie popularnych wodach smakowych Żywiec Zdrój. To wprawdzie o połowę mniej niż w Coca Coli, ale i tak zdecydowanie za dużo.

Także owocowe soki nie są niezbędne w szkolnym plecaku. Amerykańska AkademiaPediatrii zmieniła niedawno zalecenia wobec soków w żywieniu dzieci. Okazuje się, że do pierwszego roku życia nie należy podawać dzieciom żadnych soków (przede wszystkim klarownych; świeżo wyciskane, ze względu na błonnik, są mniejszym złem). Między rokiem i skończonymi trzema latami – tylko pół szklanki na dobę. Ilość ta wzrasta do trzech czwartych szklanki między czwartym a szóstym rokiem życia i nie przekracza jednej szklanki na dobę aż do ukończenia 18 roku życia.

Generalnie pediatrzy zachęcają dziś do ograniczenia spożycia przez dzieci soków i zastępowaniem ich świeżymi owocami i warzywami, między innymi ze względu na zawarty w nich błonnik. Jak widać, sok owocowi nierówny. To duża zmiana, bo od lat półki sklepowe uginają się pod soczkami dla dzieci już powyżej czwartego miesiąca życia.

Całkowicie nietolerowanymi przez ekspertów ds. żywieniowych w diecie dziecka napojami są natomiast napoje energetyczne, do których dietetycy zaliczają nawet coca-colę (z powodu wysokiej dawki cukru, słodzika w wersji light i dodatku kofeiny). Niektórzy z nich, jak Joanna Rachtan-Janicka, są zdania, że coraz większa w ostatnim czasie liczba dzieci mających problemy z nadpobudliwością, zachowaniem w szkole i zasypianiem to właśnie konsekwencja niekorzystnej dla nich diety.

O ironio, producenci suplementów już wyczuli rynkową niszę i na zaburzenia koncentracji, snu i depresję u dzieci oferują rodzicom np. żelki z magnezem. Głównym składnikiem jest… syrop glukozowy, a zaraz po nim – cukier. Jeden z takich produktów reklamuje nawet psycholog, który – zakładając, że jest to prawdziwy ekspert, a nie wynajęty do reklamy aktor – z żywieniem dzieci nie ma przecież zbyt wiele wspólnego. Bo prawdziwi eksperci ds. żywienia dzieci stoją na stanowisku, że nie ma żadnych podstaw do tego, aby szpikować dzieci suplementami z magnezem, których te najzwyczajniej w świecie nie potrzebują.

Grzech czwarty: parówki

Zmorą dietetyków są też parówki. Wprawdzie ich skład się poprawia, ale wciąż nie jest on odpowiedni dla dzieci, gdyż zawiera za dużo tłuszczu i soli. Rodzice najwyraźniej o tym nie wiedzą lub ten fakt ignorują i w efekcie dzieci jedzą parówki przez wiele lat. Obserwując ten trend, kilkanaście lat temu Instytut Matki i Dziecka rozpoczął współpracę z przemysłem mięsnym, chcąc wprowadzić na rynek parówki odpowiednie dla dzieci. – W recepturach parówek dla dzieci określono przede wszystkim wymagania co do jakości surowca, ograniczono ilość tłuszczu, peklosoli, substancji dodatkowych. Zdefiniowano właściwą wielkość parówki, opracowano bezpieczną metodę pakowania. Technolodzy wypracowali również bezpieczną dla dziecka osłonkę parówki, tak skoagulowaną, żeby parówka nie była zbyt twarda – wspomina prace nad parówkami dla dzieci prof. Halina Weker.

Kilka zakładów mięsnych w Polsce uruchomiło linie wyrobów dla dzieci, w tym parówek. Ostatecznie spośród około 250 zakładów mięsnych funkcjonujących w Polsce udało się to tylko trzem. Ale i tak z biegiem czasu i ci producenci wycofywali się z produkcji.

Grzech piąty: konserwanty

Kolejnym problemem są tzw. funkcjonalne dodatki do żywności, a więc konserwanty, ulepszacze i zagęstniki. Na przykład E476 dodawane do niektórych czekolad Wedla, Milki czy Alpen Gold. Ułatwia on mieszanie poszczególnych składników. E476 występuje również w gotowych sosach do sałatek i smarowidłach do kanapek – szczególnie tych o zredukowanej zawartości tłuszczu.

Dodatki funkcjonalne zapewniają żywności odpowiedni smak, zapach, wygląd, ale także wydłużają termin przydatności do spożycia. A tego właśnie wymagają wielkie sieci handlowe. – Nie mają jednak nic wspólnego z wartością odżywczą – ostrzega prof. Grażyna Cichosz z Wydziału Nauki o Żywności Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Dlaczego zatem producenci je stosują? – Rozcieńczone wodą serki czy jogurty nie mają ani smaku, ani odpowiedniej barwy, ani trwałości, trzeba więc to sztucznie poprawić – wyjaśnia pani profesor. I dodaje, że pełnowartościowe serki twarogowe czy jogurty można zliczyć na palcach jednej ręki, dlatego warto sprawdzać zawartość białka w konkretnym produkcie. W homogenizowanych serkach twarogowych przeciętna zawartość białka wynosi 12-14 proc., natomiast w tzw. innowacyjnych 6-8 proc. Prawie bezbiałkowe lody i desery wcale nie należą do rzadkości. Bo białko to najdroższy składnik żywnościowy, potrzebny człowiekowi do prawidłowego rozwoju, skuteczności układu immunologicznego, a także sprawności intelektualnej.

Prof. Cichosz była w gronie ekspertów opiniujących w 2014 r. nową ustawę o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Zarzuciła wtedy rządzącym, że prawo żywnościowe, podobnie jak zalecenia dietetyczne, opracowywane są głównie z myślą o zyskach koncernów spożywczych. Przykład? Choćby wspomniane dodatki funkcjonalne, które, zdaniem prof. Ciołkosz, nie są dla naszego zdrowia bezpieczne. Owszem, posiadają odpowiednie atesty, ale testowane są na młodych, zdrowych ochotnikach.

Efekt? Zdecydowanie zbyt mało wiemy o wpływie tych substancji na osoby chore na cukrzycę, alergików, osób przyjmujących różne leki, a także małe dzieci. – Po latach stosowania okazuje się, że większość barwników i konserwantów może wywoływać alergie, że powszechnie stosowane benzoesany zagrażają życiu dzieci astmatycznych, a aspartam, tartrazyna, karagen, BHA czy BHT są rakotwórcze – mówi prof. Ciołkosz. Podkreśla jednak, że i tak bez porównania większym zagrożeniem niż dodatki do żywności są niedobory białka. Osłabiają one układ immunologiczny, a nawet ograniczają sprawność intelektualną.

Na koniec warto powiedzieć o największym grzechu żywieniowym Polaków. Jest nim niewystarczająca edukacja żywieniowa i zbyt optymistyczne przekonanie, że o wartościowe składniki w pożywieniu ich dzieci zadbają producenci. Przez to o tym, co wrzucamy do koszyka, decyduje bardziej marka, smak, opakowanie produktu, a nawet jego reklama niż faktyczne wartości odżywcze i dobry wpływ na nasze zdrowie. Takie podejście najprawdopodobniej wynieśliśmy jeszcze z PRL, gdy sklepowa żywność nie była tak bardzo przetworzona, a symbolem dobrobytu były kolorowe słodycze przywożone z Zachodu. Najwyższy czas to jednak zweryfikować. Inaczej – jak ostrzegają dietetycy – problemy zdrowotne nie będą kazały na siebie długo czekać.

Katarzyna Bosacka, prowadząca „Wiem, co jem” i „Wiem, co kupuję” w TVN Style

Generalna zasada brzmi: lepiej zjeść mniej, a mądrze, niż dużo i głupio. Dorośli powinni świecić przykładem. Jak mama, tata, babcia, dziadek jedzą i piją chemiczne świństwa, dzieci też będą to robić. O zdrową żywność musimy też walczyć. Jeszcze 20 lat temu do głowy nam by nie przyszło, że z kawiarni, klubów czy dyskotek znikną papierosy. A jednak się udało. Dziś warto zacząć mówić głośno także o przetworzonym jedzeniu, które nas zabija.

W sklepach pełno jest koszmarków adresowanych do dzieci – rzekomo mlecznych batonów, jogurtów i serków napchanych cukrem i kolorowymi drażetkami, nektarów wysokosłodzonych udających prawdziwe soki, napojów kakaowych instant, które składają się w 86 proc. z czystego cukru! Bez elementarnej wiedzy na temat składów produktów i czytania etykiet nie da się kupić nawet chleba, nie mówiąc o zdrowych przekąskach dla dzieci. Na szczęście moda na zdrowe żywienie robi swoje. Kiedy osiem lat temu zaczynałam program „Wiem, co jem”, nie byłam w stanie znaleźć w sklepie np. przyzwoitej parówki. Te dla dzieci napchane było MOM, czyli mięsem oddzielonym mechanicznie, a więc odpadkami, tłuszczem i skórami wieprzowymi. Groza! Dziś na szczęście mamy już także parówki z szynki, z piersi kurczaka, bez konserwantów i bez glutaminianu sodu.

Niebezpieczne są napoje gazowane z kofeiną (np. coca-cola, ale też pepsi). Oprócz wody i bąbelków, mają sztuczny brązowy barwnik E 150d, czyli karmel amoniakalny, kwas fosforowy, regulatory kwasowości, cukier lub sztuczne słodziki, sztuczne aromaty oraz kofeinę. Karmel amoniakalny może wywoływać u dzieci pokrzywkę i nadpobudliwość, a w większych ilościach podrażniać żołądek i wątrobę. Kwas fosforowy stosowany jest w przemyśle ciężkim między innymi do odrdzewiania rur. To dlatego zardzewiałe gwoździe czy monety po wymoczeniu w tego typu napojach pięknie błyszczą. Cytrynian sodowy – regulator kwasowości może z kolei podrażniać żołądek. Cukier, jak wiadomo, szkodzi, a w litrze napojów gazowanych może jest od 20 do nawet 26 łyżeczek, podczas gdy dzienna norma dla dorosłego człowieka to od pięciu łyżeczek dla kobiet do dziewięciu dla mężczyzn.

Robert Makłowicz krytyk kulinarny, podróżnik

Moja siostra, która prowadzi stołówkę w szkole, podaje dzieciom tylko zdrowe jedzenie, robione wyłącznie na miejscu, ze świeżych produktów. Wbrew pozorom to nie z dziećmi ma największy problem, ale z rodzicami, którzy przychodzą i pytają, czemu nie ma naleśników czy pierogów. I krzywią się, że jest ciecierzyca albo kuskus, bo w życiu tego nie jedli, więc po co ich dziecko ma to jeść? Inna sprawa, że jeśli dzieci same chodzą do szkoły i mają pieniądze, to i tak im nikt nie zabroni kupić chipsów czy batonów z utwardzonymi tłuszczami. Bo owoc zakazany zawsze smakuje lepiej.

Jak w takim razie poprawić żywienie dzieci? Po pierwsze, zawsze czytać etykiety. Zwracać uwagę na to, z czego produkty żywnościowe są zrobione. Warto unikać mięsa mechanicznie rozdrobnionego, sprawdzać procent „mięsa w mięsie” i czy czasem w serze żółtym zamiast mleka nie dodali oleju i barwników (bo i tak bywa). Wyznaję zasadę, że świadomość jest potrzebna w każdej dziedzinie, a zwłaszcza w takiej, od której zależy nasze życie i zdrowie.

Po drugie, jestem zdania, że nie należy wydzielać menu specjalnie dla dzieci. Problemem jest to, że w wielu restauracjach menu dziecięce jest pójściem na łatwiznę. Panierowany filet z kurczaka, frytki i pizza. To katastrofa!

Dzieci powinny jeść zdrowo to samo co dorośli. U nas w domu nigdy się specjalnie dla dzieci nie gotowało. Nikt się wtedy nie rzucał i nie robił im kotlecika z frytkami.

Katarzyna Bujakiewicz, aktorka

Mam dietetyka, z którym konsultuję dietę całej rodziny. Moja córka Ola doskonale wie, że chipsy to niezdrowa przekąska. Widzi dzieci z nadwagą i wyciąga wnioski. Ze zdrowych przekąsek podaję jej głównie bakalie. Nauczyłam ją tych smaków, kiedy była malutka, i teraz sama prosi o te produkty. Jeśli już kupuję słodycze, to te bez cukru i żelatyny. Poza tym w domu królują warzywa i ryby. Oczywiście, trzeba zachować zdrowy rozsadek. Może się zdarzyć, że na urodzinach kolegi czy w przedszkolu dziecko spróbuje słodyczy. Ważne, żeby przekazać mu zamiłowanie do zdrowego jedzenia i wrażliwość na świat. Dzięki temu nawet jak kiedyś chwilowo oszaleją na punkcie fast foodów, to później wrócą do zdrowych nawyków.

Czytaj także:
Magda Steczkowska: Jesteśmy tym, co jemy

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 35/2017
Więcej możesz przeczytać w 35/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 1
  • Osobiści nie zwracam uwagi na reklamy,kupuje to co mi odpowiada.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także